poniedziałek, 15 lipca 2002

Dzień 14.

  Wstaliśmy 655. Bez śniadania pojechaliśmy na pustynię, oglądać ostańce. Przeszliśmy 3,5 kilometrowym walkiem podziwiając „poranną grę światłocienia”. Następnie ruszyliśmy na ostatni odcinek drogi do Perth. Po drodze zjechaliśmy jeszcze do mocno przereklamowanego Yanhepp National Park, pooglądać narąbane miśki. Tam Ola wpadła na genialny pomysł, aby napić się Devonshire Tea (bawarka + dwa ciastka + dżem + bita śmietana), po której do tej pory (2215) nawzajem sobie robimy małe Auschwitz. Do Perth dojechaliśmy około 1600 i zaraz po znalezieniu parkingu udaliśmy się na kilkugodzinny spacer po city. Na koniec poszliśmy do restauracji, gdzie zjedliśmy całkiem niezłą kolację. Auto stoi na parkingu przy drodze w samym centrum (parkomat), ale nie chce nam się już wyjeżdżać z miasta w poszukiwaniu lepszego miejsca na nocleg, zwłaszcza, że jutro mamy zamiar jeszcze przynajmniej przedpołudnie tu spędzić, więc naszykowaliśmy sobie spanie i tu będziemy nocować. Trochę się boimy, ale mamy nadzieje, że do rana nic złego się nie wydarzy.

Pinnacles
Koala

niedziela, 14 lipca 2002

Dzień 13.

  Dzisiaj rano otrzymaliśmy maila od Tomka. Uśmialiśmy się przy czytaniu nieźle. Nie musiał nawet pisać, że pije martini, to można było łatwo poznać po płynnym stylu i potoczystości wypowiedzi. Wstaliśmy późno, bo około 900. Po śniadaniu uczciliśmy niedzielę tak, jak w zeszłym tygodniu, czyli sprzątaniem auta. Potem zapłaciliśmy za kemping i pojechaliśmy na plażę w Kalbarri gdzie były cudowne fale i kilku chłopaków surfowało. Potem jechaliśmy wzdłuż tego wybrzeża zatrzymując się kilkakrotnie na punktach widokowych. Do parku, który zamierzaliśmy dzisiaj odwiedzić, nie pojechaliśmy z powodu drogi: 4WD. Później dalej na południe w kierunku Perth z przerwą na obiad (ohydna pizza) w Geraldton. Po drodze wreszcie prawdziwe deszcze – może nam trochę auto opłuczą z czerwonego pyłu. Z Geraldton ruszyliśmy do Cervantes, z którego jutro chcemy pojechać do Nambung National Park (Pinnacles) aby o wschodzie słońca oglądać pionowe ostańce skalne dochodzące do 5 m wysokości. Jednak może z tego nic nie wyjść, bo przed chwilą podjechaliśmy do wjazdu do parku i zobaczyliśmy na tabliczce napis, że campery nie mogą wjeżdżać. Jutro się okaże na 100%. Na razie stoimy na dziko w przydrożnej zatoce informacyjnej (i-bay) i idziemy spać, gdyż czeka nas wczesna pobudka.

Klify zachodniego wybrzeża

sobota, 13 lipca 2002

Dzień 12.

  Wstaliśmy dzisiaj o 700, zjedliśmy śniadanie, poszliśmy zapłacić za kemping i o 830 byliśmy już na plaży podziwiając figlujące delfiny oraz łażące po plaży pelikany (tak zdecydowaliśmy). Było cholernie zimno i na dodatek wiał bardzo silny wiatr. Na 1100 wykupiliśmy sobie rejs katamaranem po zatoce. Czas do niego pozostały (po odpłynięciu delfinów) spędziliśmy w kafejce. Dwugodzinny rejs polegał na tym, że katamaran płynął, a od czasu do czasu podpływały do niego delfiny i dokazywały. W programie była też wizyta na farmie czarnych pereł, gdzie koleś pokazywał na żywej ostrydze, na czym polega zaszczepianie jej, aby wyprodukowała perłę. Po powrocie z rejsu zjedliśmy obiad i pojechaliśmy z powrotem (opuszczając półwysep) na drogę nr 1 w kierunku Perth. Jeszcze po drodze zatrzymaliśmy się na Shell Beach – plaży, na której zamiast piasku, są same drobne muszelki. Teraz stoimy (2115) już na Caravan Parku w Kalbarri (trochę zboczyliśmy znów z North West Coastal Highway), z którego jutro chcemy wybrać się zobaczyć klifowe wybrzeże i kaniony przy ujściu rzeki Murchison do Oceanu Indyjskiego. Znowu przyjechaliśmy za późno i recepcja była już zamknięta, tak więc stoimy nielegalnie.

Delfin

piątek, 12 lipca 2002

Dzień 11.

  No i spędziliśmy kolejną noc na łonie natury. Jeszcze przed zatrzymaniem się na nocleg, staliśmy na przejeździe kolejowym przez który przejeżdżał pociąg z dokładnie 200 wagonami. Noce na dziko nie są niczym uciążliwym z racji tego, że mamy kibel i prysznic. Nie możemy tylko: Ola umyć włosów, ja się ogolić i niczego naładować. Po późnej dzisiaj (900) pobudce i śniadaniu, ruszyliśmy w kierunku Carnarvon, do którego dotarliśmy po przejechaniu prawie 500 km. Przed miastem lekko nas skropił pierwszy napotkany w Australii deszczyk. Dojeżdżając do Carnarvon mijaliśmy wiele plantacji bananów, pomarańczy, pomidorów i innych. W mieście uzupełniliśmy zapasy w lodówce i pojechaliśmy na tutejsze molo długości 1 mili (z kolejką wąskotorową) wzniesione pod koniec XIX wieku. Tam zrobiliśmy sobie spacer w obie strony i trochę zmarzliśmy, bo dość mocno wiało, a morze było wzburzone. W ogóle, zrobiło się generalnie chłodniej, gdyż zjechaliśmy już mocno na południe. Trzeba będzie wyciągnąć długie spodnie i zacząć chodzić w skarpetkach. Późnym popołudniem (już po zachodzie słońca) wyruszyliśmy dalej w kierunku Perth, a w zasadzie trochę zbaczając na Monkey Mia, gdzie jutro od ósmej rano chcemy czekać na plaży na przypływające do tutejszej zatoki delfiny. Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę, aby sobie zrobić kolację Dotarliśmy na miejsce bardzo późno, bo o 2330, więc recepcja była już oczywiście nieczynna, tak, że wjechaliśmy na kemping i przebywamy na nim w zasadzie nielegalnie.

One Mile Jetty

czwartek, 11 lipca 2002

Dzień 10.

  I tak się stało. Piękne niebo (najbliższe źródła światła ponad 120 km stąd) – tysiące gwiazd, niestety nie dało się tego sfilmować, kamera jest jednak zbyt mało czuła. Wstaliśmy nieco później tj. o 730. Zebraliśmy się i ruszyliśmy w drogę, zatrzymując się po 1,5 godzinie na śniadanie. Reszta dnia upłynęła nam pod znakiem przemierzania kontynentu. Zatrzymaliśmy się tylko na krótko w okropnym (zakurzonym, gorącym i bez uroku) portowym Port Hedland. Tam uzupełniliśmy wodę, paliwo i wylaliśmy ubikację, wypiliśmy kawę oraz zaopatrzyliśmy się w ulotki na temat regionu i dalej w drogę. Kierunek Perth. Planowaliśmy pokonać jak największy odcinek przed następnym nocnym postojem, bo do najbliższych atrakcji, które chcemy odwiedzić jest około 900 km. Jednak po drodze postanowiliśmy odbić kilkadziesiąt kilometrów na północ, aby skosztować owoców morza w słynnej restauracji z widokiem na ocean w Point Samson. Gdy tu dotarliśmy, to zdecydowaliśmy się na pozostanie na noc. Jednak nie było dla nas miejsca w gospodzie. Tak więc zjemy tylko kolację i ruszamy dalej we wcześniej obranym kierunku. Właśnie siedzimy w restauracji i korzystając z tego, że skończyłem swojego kurczaka (wolałem nie ryzykować) już z 15 minut temu, a Ola wciąż je, piszę, bo potem będę jechać i jechać i nie wiadomo kiedy i gdzie zatrzymamy się na nocleg i może mi się już nie chcieć. Trwa to Oline jedzenie tak długo, bo zamówiła sobie pół tuzina ostryg i bardzo ciężko przechodzą jej przez gardło, chociaż skorup nie je. Każdy kęs musi bądź to zajadać, bądź to zapijać. Rarytas niespotykany. Jest 2000. Mam cichą nadzieję, że przed północą ruszymy dalej.

Góra soli w przemysłowym Port Hedland

środa, 10 lipca 2002

Dzień 9.

  Rano wstaliśmy zgodnie z postanowieniem o 600 i po myciu zaraz ruszyliśmy w drogę. Spaliśmy na Caravan Parku, za który nie zapłaciliśmy, gdyż recepcja wczoraj była już nieczynna, a nie mieli nocnej obsługi (większość Caravan Parków ma), tylko napis na drzwiach, że kto przyjechał po 1800 ma przyjść rano. No, ale cóż, rano to dla nich po 800, a my opuszczaliśmy kemping przed 700, tak więc około 20 AUD w kieszeni. Pojechaliśmy, uprzednio zatankowawszy (robimy to nawet gdy jest w baku jeszcze ¾ paliwa, bo odległości między miejscowościami często gęsto przekraczają 300 km i lepiej być zabezpieczonym), prosto do baobaba-olbrzyma, który okazał się nieco mniejszy niż Ola zapamiętała nie wiadomo skąd. 14 metrów to on miał obwodu, a nie średnicy – ale i tak był imponujący. Później ruszyliśmy w kierunku Broome, robiąc sobie po drodze przerwę na śniadanie. Po dotarciu, pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy był cmentarz japońskich i chińskich poławiaczy pereł. Później podjechaliśmy do China Town, w którym odwiedziliśmy kino pod gołym niebem, kilka sklepów z pamiątkami oraz ponoć największy (jeśli chodzi o ilość wystawionych oryginałów) sklep-galerię z perłami. Tam bardzo miła starsza pani przez kilkadziesiąt minut opowiadała nam o perłach, prezentując różne przykłady na gotowej biżuterii. Z tego, co mówiła, wynikało, że chyba jest właścicielką tego geszeftu. Ola wyszła zachwycona, ja też trochę: Ola perłami, ja – ich wartościami. Potem poszliśmy trochę ochłonąć – na kawę mrożoną. Następnie pojechaliśmy nad ocean zobaczyć ślady odciśnięte w skale przez dinozaura 120 mln lat temu, ale stan wody był zbyt wysoki by je dojrzeć. Stamtąd skierowaliśmy się na plażę, aby się wykąpać i pobawić na falach. Na plaży zostaliśmy aż do zachodu słońca, a potem ruszyliśmy w kierunku Port Hedland. Teraz stoimy na ostatniej za Broome stacji benzynowej (następna za ok. 300 km), na której przed chwilą zatankowaliśmy i gotujemy kolację. Jak ją zjemy to spróbujemy jak najdalej dojechać i chyba spędzimy pierwszą naszą noc na dziko w czasie tego pobytu.

Baobab więzienie
Cmentarz poławiaczy pereł

wtorek, 9 lipca 2002

Dzień 8.

  Dzisiaj dzień mało ciekawy – głównie jazda na zachód. Tylko rano krótki spacer do China Wall, 6 km za Halls Creek. Potem cały czas jazda aż do Fitzory Crossing gdzie zjedliśmy obiad (i XXXX oczywiście). Potem dalej jazda, aż do Derby (z małą przerwą na zdjęcie przy przydrożnym baobabie), gdzie jutro pójdziemy oglądać jakiś wielki baobab, który służył jako więzienie.

China Wall
Baobab