niedziela, 4 sierpnia 2002

Dzień 34.

  Wstaliśmy jeszcze po ciemku, bo o 530 i po szybkim śniadaniu i zebraniu się pojechaliśmy do portu z którego popłynęliśmy oglądać wieloryby, a dokładnie Humpbacki. Są one piątymi co do wielkości wielorybami na świecie. Podczas trwającej 4 godziny wyprawy widzieliśmy ich kilkanaście, jak sobie figlowały i pozowały do zdjęć. Po powrocie do portu wsiedliśmy do naszego auta i raz jeszcze podjechaliśmy na kemping, oddać klucze od łazienek. Potem już ruszyliśmy do Brisbane. Na miejsce przybyliśmy około 1600 i zaraz po znalezieniu parkingu poszliśmy do interaktywnego muzeum techniki (świetna rzecz dla dzieci do nauki fizyki), w którym w wielkim pośpiechu (do zamknięcia pozostało tylko 45 minut) zachwycaliśmy się pomysłami przedstawienia zjawisk fizycznych. Po zamknięciu muzeum przebraliśmy się w „ludzkie” ciuchy – długie spodnie, koszula, buty itp. – bo w końcu byliśmy wreszcie w większym mieście, i poszliśmy do centrum na kolację. Znaleźliśmy bardzo sympatyczną irlandzką restaurację z muzyką na żywo, gdzie spędziliśmy ponad dwie godziny przy dosyć dobrym jedzeniu i wyśmienitym piwie. Po kolacji pospacerowaliśmy jeszcze trochę po rozświetlonym centrum, a następnie wyjechaliśmy z miasta w kierunku położonych o jakieś 100 kilometrów na południe parków rozrywki, które chcemy zobaczyć jutro. Po dojechaniu na miejsce znaleźliśmy kemping i szykujemy się do spania. To był dla nas długi dzień, więc jesteśmy dosyć padnięci.

Koniec walenia

sobota, 3 sierpnia 2002

Dzień 33.

  Obudziliśmy się już w pełni dnia (930) w nienajlepszej formie. Zebraliśmy się dosyć szybko, bo słoneczko nieźle już podgrzewało nam wnętrze auta i bez śniadania ruszyliśmy dalej. Dopiero po ponad 100 kilometrach znaleźliśmy Rest Areę z dostateczną ilością cienia i na niej zatrzymaliśmy się na śniadanie. Potem pojechaliśmy dalej, chcąc po południu dotrzeć do Brisbane, ale po drodze Ola zmieniła plany. Postanowiła mianowicie, że zboczymy trochę z trasy i pojedziemy do Hervey Bay, aby popłynąć popołudniu oglądać wieloryby. Po dotarciu na miejsce okazało się, że popołudniowy kurs odchodzi o 1300, czyli 3 godziny temu. No ale skoro już tu przyjechaliśmy, to zdecydowaliśmy się pozostać do jutra i zarezerwowaliśmy bilety na jutro na 730, tak więc czeka nas wczesna pobudka. Jadąc tu zatrzymaliśmy się jeszcze w przydrożnym straganie z owocami i warzywami i kupiliśmy sobie trochę owoców, między innymi passiflorę, którą mieliśmy okazję jeść po raz pierwszy w życiu – bardzo dobra. Po znalezieniu miejsca na kempingu (co nie było tu takie łatwe – weekend) i zrobieniu małych zakupów, poszliśmy na kolację, na którą Ola jadła już tradycyjnie baramundę, a ja kangura (jeszcze nie tradycyjnie, ale tak mi smakuje, że chyba uczynię z tego tradycję). Po kolacji wróciliśmy do campera i szykujemy się do spania.

piątek, 2 sierpnia 2002

Dzień 32.

  No i nas spaliło! I to naprawdę nieźle, ledwo się ruszamy i niczego nie jesteśmy w stanie się dotknąć poparzonymi częściami ciała (a te stanowią większość). Zaczęło się od tego, że po porannej toalecie dojechaliśmy do oddalonego od naszego nocnego postoju o jakieś 70 kilometrów Rosalyn Bay, skąd odchodził prom na Great Keppel Island. Dojechaliśmy tam o 900 i wtedy okazało się, że prom odchodzi o 915, a nie o 930 jak się spodziewaliśmy, a my nie jedliśmy jeszcze śniadania. Tak więc sprintem je sobie zrobiliśmy i połknęliśmy bez gryzienia, następnie szybko zabraliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i popędziliśmy kupić bilety, a potem na prom. Zdążyliśmy. Niestety na promie okazało się, że nie wzięliśmy nic na głowy oraz kremu do opalania, no ale było już za późno. Po dotarciu na wyspę zorganizowaliśmy sobie mapę i powędrowaliśmy na drugą jej stronę (wyspy oczywiście) na mniej obleganą plażę. Pogoda była cudna, słońce świeciło, wietrzyk wiał, woda cieplutka, słowem warunki idealne żeby się załatwić na cacy. Przez plażę w czasie naszego na niej pobytu (od 1000 do 1445) przewinęło się wszystkiego może z 10 osób, a tylko jedna z nich oprócz nas weszła do wody – po prostu raj. Przez większą część czasu leżeliśmy na piasku to czytając, to drzemiąc, od czasu do czasu wchodząc do wody. Gdy zdecydowaliśmy się wracać (powrotny prom odchodził o 1630) stwierdziliśmy, że chyba trochę przesadziliśmy z tym przebywaniem na słońcu, ale najgorsze miało dopiero nadejść. W drodze powrotnej trochę pobłądziliśmy i znaleźliśmy się w górzystej części wyspy porośniętej buszem. Po kilkudziesięciominutowej wspinaczce (nadłożyliśmy sporo drogi) wreszcie trafiliśmy do miejsca z którego mieliśmy wracać na stały ląd. Nie żałujemy jednak tych dodatkowych kilometrów, bo dzięki temu udało się nam spotkać dużą iguanę, która się nas nie bała i dała się spokojnie sfotografować. Na promie zaczęliśmy odczuwać pierwsze symptomy poparzenia, a gdy po pół godzinie dotarliśmy do auta, piszczeliśmy już z bólu jak zarzynane prosiaki. W uszlachetniającym cierpieniu ugotowaliśmy sobie obiad i ruszyliśmy w drogę w kierunku Brisbane. Po około 100 kilometrach zatrzymaliśmy się aby wziąć prysznic i spłukać z siebie morską sól, licząc, że to trochę uśmierzy ból. Tak też się stało, zwłaszcza, że dodatkowo wysmarowaliśmy się jakimiś Olinymi preparatami (tymi, których zapomnieliśmy wziąć ze sobą na plażę). Potem ruszyliśmy dalej w drogę i po kilkudziesięciu kilometrach zdecydowaliśmy się zatrzymać na noc na Rest Arei, bo nie najlepiej się oboje czujemy i dalsza jazda byłaby udręką. Mamy nadzieję, że jutro będzie już nieco lepiej. Do Brisbane zostało nam jakieś 550 kilometrów.

Plaża na Great Keppel Island
Manna z nieba - po prostu raj









Iguana

czwartek, 1 sierpnia 2002

Dzień 31.

  Obudziliśmy się na Rest Arei, parę kilometrów za Bowen i po porannych czynnościach i śniadaniu ruszyliśmy do Conway National Park, gdzie poszliśmy na kilkukilometrowy szlak prowadzący na najwyższe w okolicy wzniesienie, z którego roztaczał się widok na Whitsunday Islands. Z niego zeszliśmy na pobliską plażę, na której chwilę odpoczęliśmy, a następnie wróciliśmy do auta i pojechaliśmy do Airlie Beach coś zjeść oraz kupić kasetę do kamery, bo nam brakło. Po tym wszystkim poszliśmy jeszcze na krótki spacer nad wodę i wróciwszy do samochodu, zebraliśmy się do wyjazdu. Wtedy jednak okazało się, że Ola zgubiła okulary. Musieliśmy więc wrócić na główną ulicę, gdzie Ola odwiedziła ponownie wszystkie miejsca w których byliśmy uprzednio w poszukiwaniu swojej zguby. Znalazła je w końcu w McDonald’sie. Wreszcie mogliśmy ruszyć dalej. Skierowaliśmy się na Rockhampton, a konkretnie na Rosalyn Bay skąd jutro chcemy popłynąć na Great Keppel Island, na której mamy zamiar spędzić – bycząc się – cały dzień (wakacje od wakacji). W tej chwili szykujemy się do spania na Rest Arei około 30 kilometrów przed Rockhampton.

Whitsunday Islands

środa, 31 lipca 2002

Dzień 30.

  Kładąc się wczoraj, postanowiliśmy się wreszcie wyspać, co też uczyniliśmy. Po późnej pobudce i porannych ablucjach, ciągle w tym samym miejscu, zrobiliśmy sobie śniadanie. W czasie, gdy je jedliśmy, podjechał samochód, z którego wysiadły dwie kobiety, mężczyzna i dziecko. Zatrzymali się oni, aby również coś przekąsić. Gdy wypakowywali swoje wiktuały z auta, wydawało mi się, że słyszę naszą mowę, ale nie byłem pewien (my byliśmy wewnątrz campera). Gdy skończyli jeść (widać było, że im się spieszy) i zaczęli się pakować, usłyszeliśmy, że w istocie rozmawiają po polsku. Wyskoczyliśmy więc ucieszeni z auta i podeszliśmy ich zagadnąć. Byli dosyć zaskoczeni, gdy schylając się nad bagażnikiem usłyszeli za plecami „dzień dobry”. Okazało się, że jedna z kobiet wraz z dzieckiem była tu w odwiedzinach u tej drugiej. Mąż tej drugiej (ten kolo co był z nimi) był chyba autochtonem, bo się ani razu nie odezwał i sprawiał wrażenie, że nas nie rozumie, ale nie spytaliśmy. Tak szybko jak się przywitaliśmy przyszło nam się pożegnać, bo mama z dzieckiem (chłopak około 11 lat) byli właśnie po czterotygodniowym pobycie, odwożeni na lotnisko do Cairns, skąd za 2,5 godziny wracali do Polski. Teraz pewno są gdzieś nad Pakistanem. Bardzo nam to poranne spotkanie poprawiło humory (i tak niezłe) na resztę dnia. Po zebraniu się, pojechaliśmy do Paronella Park, Jest to zespół budynków i niewielki park z mnóstwem ścieżek, zbudowany przez hiszpańskiego imigranta w latach dwudziestych XX wieku. Chciał on w ten sposób urzeczywistnić swe dziecięce marzenia o zamkach, pałacach i ogrodach, które zasiała w nim jego babcia, opowiadając mu w dzieciństwie różne historie. W tej chwili całość jest dosyć podupadła (park nie – tylko budynki), bo rodzina założyciela się stamtąd wyprowadziła, a powodzie, huragany i pożar pozostawiły swoje piętno. Nadal jednak całość jest dosyć ładna, choć nieco kiczowata. Po wyjechaniu z Paronella Park, ruszyliśmy dalej w kierunku Brisbane, przejechaliśmy przez Townsville (na rogatkach którego zatrzymała nas policja i poddała mnie próbie trzeźwości: 0,00‰. A był to dzisiaj w zasadzie pierwszy dzień, że nie wypiłem od rana ani jednego piwa) i teraz zatrzymaliśmy się kilka kilometrów przed Ayr, gdzie przyrządziliśmy sobie kolację. Za chwilę ruszamy dalej, aby zatrzymać się jak najbliżej Conway National Park, w którym chcemy jutro trochę połazić. Przypuszczalnie nic godnego uwagi dziś już się nie wydarzy (godzina 2000), więc na tym zamykam opis dnia dzisiejszego w naszym dzienniku, aby skorzystać z tego, że jest tu zasięg i jeszcze wysłać go Wam.

Paronella Park

wtorek, 30 lipca 2002

Dzień 29.

  A właściwie wieczór 31-07-2002 (środa), bo wczoraj byliśmy tak zmęczeni po całym dniu, że nie miałem siły już pisać. Ale po kolei. Wstaliśmy wcześnie i zaraz po śniadaniu pojechaliśmy do odległego od Cairns o 75 kilometrów Port Douglas, skąd mieliśmy zarezerwowaną wyprawę na rafę. Trasa wiodła wąską, pełną serpentyn górską drogą nad samym brzegiem oceanu (Wielkie Góry Wododziałowe stykają się w północnym Queenslandzie z wybrzeżem), więc po drodze mieliśmy możność podziwiania pięknych krajobrazów z auta i z kilku punktów widokowych. Po dojechaniu na miejsce poszliśmy do biura firmy Quicksilver, gdzie ustaliliśmy szczegóły, a następnie w oczekiwaniu na autobus, który miał nas zabrać na lądowisko, pochodziliśmy trochę po sklepach. O 1045 wróciliśmy do biura, gdzie czekał już kierowca, który zabrał nas (6 osób) wielkim autobusem na odległe o około 2 kilometry lądowisko. Tam załadowali nas do helikoptera i polecieliśmy. Najpierw lecieliśmy nad lasem tropikalnym, a potem wlecieliśmy nad ocean, kierując się na rafę zewnętrzną. Po drodze widzieliśmy z pokładu kilka wysp, pływające walenie, oraz już na samej rafie, tuż przy miejscu naszego lądowania – rekina. Oczywiście, oprócz w/w podziwialiśmy najrozmaitsze rafy i wyspy koralowe. Po trwającej ponad pół godziny podróży, mały stateczek zabrał nas do pływającego ośrodka eksploracji turystycznej rafy o nazwie Agincourt Reef. Ośrodek taki to: ogromny katamaran (silnikowy), którym się tu przypływa, zacumowany do dwupoziomowej platformy pływającej, na stałe zacumowanej przy rafie. Oprócz tego jest tu jeszcze kilka małych stateczków tzw. semi-submersible vessels, czyli pływających obserwatoriów. Popłynęliśmy takim półzanurzonym stateczkiem na trzydziestokilkuminutową wycieczkę, w czasie której oglądaliśmy rafę pod wodą. Było bardzo dobrze widać mnóstwo koralowców, kolorowych ryb i żółwia. Po powrocie zjedliśmy trochę mocno schłodzonych owoców, podziwiając z górnego pokładu otaczające nas widoki. Następnie wzięliśmy sprzęt do snorkelowania (maska, rurka i płetwy), przebraliśmy się w nasze nowe stroje kąpielowe i poszliśmy ponurkować. Ola dosyć szybko się zniechęciła, gdy uświadomiła sobie, że to jednak jest ocean, ale ja siedziałem w wodzie grubo ponad godzinę (aż kazali wychodzić). Na samej platformie było również podwodne obserwatorium, z którego oglądało się nurkujących wraz z pływającymi wokół rybami. Po wyjściu z wody, prysznicu i przebraniu się, poszliśmy już na katamaran szykując się do powrotu na stały ląd. Po chwili ruszyliśmy i pędząc z niewiarygodna prędkością (na oko gdzieś z 80 km/h) po około 1,5 godziny dotarliśmy do Port Douglas. Tam pospacerowaliśmy trochę po kei, poszliśmy na lody i pojechaliśmy z powrotem na południe. Przejeżdżając przez Cairns, wstąpiliśmy do supermarketu, gdzie po raz pierwszy spotkaliśmy Polaków. Były to dwie starsze panie (przypuszczalnie miejscowe) robiące zakupy. Nie podeszliśmy do nich aby pogadać, ale słyszałem jak rozmawiały między sobą. Po zakupach ugotowaliśmy sobie kolację i pojechaliśmy dalej, zatrzymując się na noc parę kilometrów przed Innisfail na terenie Driver Reviver (coś jak Rest Area, tyle, że lepiej utrzymana: asfalt, ładne trawniki, ubikacje). Natychmiast wykąpaliśmy się, położyli i w momencie zasnęli.

Las tropikalny
Rafa









Snorkeling

poniedziałek, 29 lipca 2002

Dzień 28.

  Wstaliśmy bardzo wcześnie i o 800 byliśmy gotowi do drogi. Przed wyjazdem, poszliśmy jeszcze do recepcji naszego Caravan Parku zrobić rezerwację na dzisiejszy wyjazd do Kurandy i jutrzejszy na Rafę. Do Kurandy pojechaliśmy kolejką linową z Caravonica, oddalonej o 20 minut jazdy samochodem. Po drodze kolejka miała dwie przesiadki połączone z krótkimi spacerami po lesie tropikalnym. Po dotarciu na miejsce poszliśmy na miasto odwiedzając kilka sklepów, a potem na strzelnicę, gdzie postrzelaliśmy sobie z pistoletu (9mm) i rewolweru (.44 Magnum). Po strzelaniu wypiliśmy kawę, a następnie udaliśmy się do Bird World – ptaszarni z najrozmaitszymi australijskimi ptakami, zgromadzonymi pod jednym dachem. Z ptaszarni udaliśmy się do małego zoo (Koala Wild Life Park), w którym mogliśmy z bliska oglądać krokodyle słodkowodne, jaszczurki, koale, kangury, wombaty i węże. Ostatnią atrakcją, którą odwiedziliśmy było Australian Butterfly Sanctuary, gdzie, podobnie jak w przypadku ptaszarni, pod jednym dachem latały pomiędzy zwiedzającymi, tysiące motyli. Stamtąd poszliśmy na obiad i po raz pierwszy mieliśmy okazję spróbować mięsa kangura. Jest wyśmienite, z charakterystycznym posmakiem dziczyzny. Po obiedzie wróciliśmy do Freshwater zabytkowym pociągiem Scenic Railway, który odcinek 34 kilometrów pokonuje w godzinę i 45 minut. Z Freshwater do Caravonica, gdzie zostawiliśmy campera, podwiózł nas shuttle bus. Następnie wróciliśmy na nasz kemping w Cairns i po odświeżeniu się, pojechaliśmy do centrum trochę pospacerować, kupić sobie stroje kąpielowe i zjeść kolacje. Po kolacji, bardzo już zmęczeni, wróciliśmy na kemping, gdzie zrobiliśmy pranie, wykąpaliśmy się i zaraz idziemy spać, bo jutro czeka nas równie męczący i, miejmy nadzieję, pełen wrażeń dzień.

Dziabnięty miś
Motyl









Pociąg z Kurandy